niedziela, 2 stycznia 2011

Święta święta i po świętach

Witajcie po raz pierwszy w nowym roku :)

Mnie udało się spędzić Sylwestra w łóżku lecząc grypę (jeszcze mnie trzyma złośliwa taka), mam nadzieję, że u Was świętowanie było ciekawsze :D

Pierwsza połowa grudnia upłynęła mi na przygotowywaniu prezentów gwiazdkowych, druga natomiast na tradycyjnym polskim świętowaniu w rodzinnych stronach. Postanowiłam potraktować Gwiazdkę 2010 jako wyzwanie i przygotować prezenty w technice wire wrappingu, coby w końcu porządnie poćwiczyć i oswoić się ze srebrem (już nie boję się go trochę popsuć, z czym do tej pory miałam duży problem). Ale znajdzie się dziś także jeden koralikowy projekt, przygotowany specjalnie dla mojej przyjaciółki, w jej ulubionych kolorach.

Na pierwszy ogień pójdą kolczyki. Jest tego aż cztery pary. Trzy z przedstawionych projektów to moje pomysły, jeden to praktycznie kalka z pracy Izy Malczyk (tak to jest jak czas goni a pomysły za bardzo nie chcą do głowy przychodzić i jeszcze nie bardzo można eksperymentować).




Lekko zmodyfikowany wzór Izy przybrał u mnie postać kolczyków o nazwie Aoi, co z języku japońskim oznacza zarówno kolor niebieski jak i zielony. Kamienie użyte w tych kolczykach to peridoty i topazy mystic.




Następne kolczyki, a pierwsze, które wykonałam, to motyw półksiężyca z zawijasami. Baza została stworzona z lutowanej srebrem miedzi. Przez połączenie metali kolczyki wyglądają bardzo ciekawie, zwłaszcza, że oksydowana miedź przybiera piękny brązowy kolor (nie przepadam za naturalnym kolorem miedzi, oksydowana wygląda tak jakoś bardziej elegancko moim zdaniem). Kamyczki to także topazy mystic. Całość została ochrzczona nazwą "Under The Moon We Danced" (Pod Księżycem Tańczyliśmy)




Trzecia para kolczyków to klasyczna elegancja płynąca z połączenia srebra i czerni. Początkowo miały wyglądać zupełnie inaczej, ale widocznie taka forma im bardziej odpowiadała. Cóż, ja się kłócić nie będę :)
Srebro zostało zoksydowane, przetarte i wypolerowane, kamienie to czarne spinele. Nazwałam je Black Stars (Czarne Gwiazdy), myślę, że do nich pasuje.




Ostatnia para kolczyków, o wdzięcznej nazwie Silver Dream (Srebrny Sen) to czarne spinele i granaty rhodolit, zamknięte w geometrycznym kwadracie. Dla kontrastu środek to łagodne łuki literek S. Tutaj srebro także zoksydowałam, przetarłam i wypolerowałam.




Po kolczykach przyszedł czas na wisior. Żółty chalcedon dostał za towarzystwo piękne mikrofasetowane oponki cytrynu Madeira. Pomysł na srebrne kuleczki u dołu gdzieś kiedyś widziałam, ale nie mogę sobie przypomnieć gdzie. Wisior został ochrzczony nazwą Abalone. Jest to gatunek morskiego ślimaka, który czasami na zdjęciach ma takie żółtawe zabarwienie, ale w tym wypadku podobało mi się po prostu samo słowo.



 Na samym końcu bransoletka wykonana z koralików i labradorytów. Labradoryt jest pięknym kamieniem nawet w swej szarej postaci z małą labradoryzacją, rozbłyskującą tajemniczo tylko czasami. Dobrałam do niego brązowe i niebieskie koraliki co dało małą ozdobę pasującą do codziennych strojów, szczególnie zestawianych z dżinsami, a to ulubiony styl adresatki tego prezentu :) Tutaj troszkę poeksperymentowałam, gdyż centralny element jest zarazem zapięciem. Pomysł mi się podoba, więc będę go dopracowywać i pewnie takich bransoletek pojawi się więcej. Ta bransoletka nosi miano Grey Lady (Szara Dama). Jeśli ktoś czytał książki Anne Bishop, może skojarzyć Szarą Damę :)

Na dziś to już wszystko. Pozdrawiam Was serdecznie i do następnego przeczytania.
Ashi